Zayn
Liam
___________________________________
-Podobne do niego- westchnąłem-Wiem. Ale sam dupy ruszyć nie może. A ty jak zaczniesz kupować to cały sklep wezmę do domu.
-Nie zmieści się- zauważyłem nieprzytomnie
-Bo musisz brać wszystko dosłownie.
-Mhm- Zamknąłem oczy.
-Spałujesz nas.- Zabrzmiało to jak rozkaz. Trudno.
-Nie e
-Powiedziałem. Nie dyskutuj ze mną.
-Nie chcę mi się. Teraz ty
-Nie dyskutuj.- Wysyczałem.- To twoja robota.
-Nie
-Zapierdalaj do pracy. I śniadanie zrób.
-Pieprz się
-Chętnie.- Zawisłem nad nim.
Popchnąłem go- Idź nas pakuj
-Nie. Ja się dość napracuje byś miał co jeść.
-To daj mi spać- przekręciłem się tak żeby na niego nie patrzeć
Położyłem się znów na łóżku.- Nie mówię teraz, ale masz ty to zrobić.
Odburknąłem coś pod nosem. Mowy nie ma
Obtuliłem się mocniej kołdrą.
Ułożyłem się wygodniej i zapadłem w płytki sen
Koło 1 zacząłem budzić Liama. Jeszcze dojechać trzeba.
-Musimy jechać? - Jęknąłem niezadowolony.
-A szkoła?
-Od kiedy jesteś wzorowym uczniem?
-Nie jestem. W przeciwieństwie do ciebie.
-Uh, nie chce mi się iść jutro na uczelnię-zamarudziłem
-I tak za jakiś czas nie będziesz chodził.
-Ale to jeszcze szmat czasu...
-No właśnie. To teraz ty chodzisz a ja się lenie.
-Przypominam ci, że obiecałeś wozić mnie na wykłady, więc tak czy siak będziesz musiał wstać o nieprzytomnej godzinie- podniosłem się do siadu
-Raz obiecałem. I przypomnę, że zawiozłem cię wtedy do lekarza
-Ja nie chciałem, to ty się uparłeś na lekarza- wzruszyłem ramionami
-Nie uparłem. I chyba dobrze, że pojechaliśmy.
-Właściwie... He, dobra, wstaję.
-Widzisz. To poproszę śniadanie.
-Jajecznica?- westchnąłem
-Może być.
Wstałem i nie kłopocząc się ubieraniem, ruszyłem do kuchni
Leżałem i czekałem na niego nucąc sobie jakąś piosenkę.
Nastawiłem wodę na kawę, zrobiłem jajecznicę, sam zjadłem, zalałem kubek i dopiero wtedy zaniosłem Zaynowi śniadanie
Gdy przyszedł brązowookiego usiadłem.- Dziękuję.
-I jest za co- usiadłem obok niego
-To cofam te słowa.- Mruknąłem z pełną buzią.
-Nie mów z pełnymi ustami- zero kultury, zero. Jak tak można?
-A ty możesz. I nie zmawiaj, że tak nie jest.
-Ja nie mówię z pełnymi ustami- stwierdziłem z godnością
-Wcale nie mówisz. Tylko jakieś 100 razy już to słyszałem. A teraz nas spałuj.
-Głuchy i niewychowany-pokręciłem ze zrezygnowaniem głową- A czemu ja?
-Uważaj sobie. Bo jesteś moim służącym. I daj mi jeść.
Poirytowany poszedłem nas spakować, przy okazji wyciągając sobie jakieś ciuchy do ubrania.
-Mi też coś zostaw.
Rzuciłem torbę na łóżko- Twoje rzeczy sa z wierzchu, weź sobie coś. Idę sie myć
-Nie zaprosisz mnie do wspólnej kąpieli?
-Możesz iść ze mną- stwierdziłem. Sam siebie porażam swoją łaskawością.
Wstałem i poszedłem z nim.
Odkręciłem ciepłą wodę i zaczekałem aż chłopak do mnie dołączy.
Wszedłem do kabiny. Wziąłem gąbkę i zacząłem się myć.
-Wiesz, to dziwne
-Co?
-Normalnie to ja bym pędził za tobą, żebyśmy razem wzięli prysznic, a ty, jeżeli byś na mnie poczekał, w tym momencie chciałbyś żebym cię umył. Dziwne
Zaśmiałem się.- Nie chce mi się bawić.
-A umyjesz mi pleckiii?
-Nie.
-Przynajmniej spróbowałem- powiedziałem bardziej do siebie niż do niego
-I źle się za to zabrałeś.
-To jak niby miałem?
-Nie podpowiem ci.
-To będę mieć nieumyte plecy- wzruszyłem ramionami
-Jakbyś pomyślał to byś wiedział. Choć wizja ciebie śmierdzącego w moim autku mi się nie podoba. -Namydliłem gąbkę i zacząłem myć mu plecy.
Mruknąłem zadowolony. I kto powiedział, ze trzeba sie starać?
-Nie przyzwyczaj się.
-Nie mam zamiaru
-Jasne. Ale chcieć byś chciał.
-Ale tylko czasami
-Daj spokój. Wiem, że nie tylko czasami.
-Zawsze byłoby dziwnie
-Przyzwyczaiłbyś się
-Wątpię...
-Jakoś do tego, że mieszkasz u mnie.. nas przyszło ci lekko, że lubisz być posowany też się przyzwyczaiłeś. Z tym też dałbyś radę.
-Kwestia tego, że masz ładny domek- wzruszyłem ramionami
-A co z posuwaniem?
-Yyy... Może to ten zmutowany soczek z pierwszego?- Aż mi się na wspominki zebrało
-Co? Jaki soczek?
-Pomarańczowy z magicznej szafki. Swoją drogą nigdy nie zauważyłem, żeby go ubywało. Dziwne
-Wszystko dziś jest dla ciebie dziwne. Może nikt go nie lubi.
-Ja lubię
-Jesteś inny. Jakieś jeszcze wspomnienia?
-Mogę teraz intensywnie myśleć i opierdalać cię za błędy przeszłości? Podoba mi się
-Mnie opierdalać? Ja nie mam sobie nic do zarzucenia.
-Daj mi chwilę, zaraz coś wymyślę...
-Na mnie? Chyba tylko to- Wskazałem na brzuch.- mi się nie udało.
-Na pewno jest masa rzeczy, które ci się nie udały
-Tak jak ty rodzicom.
Prychnąłem.-Skoro taki jestem, nie musisz ze mną rozmawiać.
-I dobrze. Tylko nie przychodź do mnie później.- Wyszedłem i owinąłem się ręcznikiem.
-Nie mam zamiaru!- rzuciłbym w niego mydłem, ale czymś się umyć muszę
-Jasne.- Wyszedłem z łazienki i ubrałem się.
Poirytowany dokończyłem mycie, wytarłem się i ubrałem. Kretyn.
Spakowałem resztę rzeczy i zaniosłem torbę do auta.
Sprawdziłem czy niczego nie zapomniałem i poszedłem do samochodu.
Zadzwoniłem do właściciela. Dogadałem się z nim odnośnie kupna tego domku. Nawet dużo nie kosztował. Wsiadłem do auta i odpaliłem. W ciszy jechaliśmy do domu.
Głupi idiota. Nie odezwę się do niego choćby nie wiem co.
Włączyłem głośno muzykę. Nawet gdyby chciał coś mówić bym nie słyszał.
Głośniej się nie dało. Jamochłon pierdolony.
Podróż minęła spokojnie. Zatrzymałem się tylko by uzupełnić zapasy. Po dojechaniu do domu i zostawieniu wszystkiego w kuchni poszedłem do pokoju.
Mamrocząc pod nosem obelgi ruszyłem do salonu, obejrzeć coś w telewizji
Wyciągnąłem laptopa i poprzeglądałem różne strony.
Zrobiłem sobie gorącej czekolady. Kretyn.
Cały czas bawiłem się laptopem. No Li czekam.
Przejść się pójdę. Kto mi zabroni?
Zszedłem do kuchni niby po sok a tak naprawdę zobaczyć co to coś robi.
Akurat odnosiłem kubek do zmywarki. Zignorowałem Zayna i poszedłem założyć buty
-Gdzie idziesz?
Wywróciłem oczami. Narzuciłem na siebie kurtkę.
-Zadałem pytanie.- Stanąłem mu na drodze do drzwi.
-Przejść się.- Wyminąłem go
Nie ruszyłem się z miejsca, więc nie mógł wyjść.- Pozwoliłem?
-Psem nie jestem, mogę wyjść sam.
-Właśnie.. Zapierdalaj po obrożę.- Uśmiechnąłem się w ten mój specyficzny sposób.
Zawróciłem, poszedłem na górę, wyciągnąłem obróżkę z najgłębszych zakamarków szuflady, założyłem na siebie to cholerstwo i wróciłem- Wychodzę?
-Nie mam smyczy do ciebie.
-Bez ciebie. Odsuń się
-I tak nie mam zamiaru nigdzie iść. Załatw się i wracaj psie.
Powstrzymując chęć mordu wyszedłem z domu
Zaśmiałem się z jego mimy i wróciłem do siebie.
Zabijając wzrokiem florę i faunę, którą napotkałem po drodze, poszedłem do lasu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz