Zayn
Liam
____________________________
Odwróciłem go do siebie i pocałowałem.
Oddałem pocałunek
Zakończyłem go mlaśnięciem i oblizałem usta.- Co robimy?
-Chooodź ze mną na spacerek
-Spacerek.-Prychnąłem.
-Spacerek-przytaknąłem- Chodź
-Jedna kula w tym miesiącu mi wystarczy. A jeden goły Li dziennie nie.
-Jesteś strasznie niewyżyty. Cud, że w ogóle siedzieć mogę- westchnąłem- Czyli nici ze spacerku.
-Niech ci będzie. Pójdę na ten twój spacerek.
Uśmiechnąłem się szeroko- Dzięki
Popukałem policzek.- Jednak muszę się prosić.
Cmoknąłem go, ale w usta- Zapomniało mi się
-Chodź.- Złapałem go za rękę. Skierowałem się do wyjścia. Zamknąłem dom.
Splotłem nasze palce.-Mogę tak?
-A czemu nie? Jeśli dobrze pamiętam to nawet jesteśmy razem.
Wzruszyłem ramionami.-Właściwie tak
-Właśnie.- Zacieśniłem uścisk naszych palców.
Naprawdę szczęśliwy szedłem obok Zayna, w myślach zastanawiając się którędy iść. Nie mam ochoty na długi spacer.
-Lubię jak się uśmiechasz. A szczególnie dzięki mnie.
-Lubię uśmiechać się dzięki tobie- odparłem zadowolony
-Lubisz być mój. Bawimy się tak dalej?
-Lubię -przyznałem-Jak?
-Nie ważne. Gdzie teraz?
-Tam- wskazałem na ścieżkę- Zrobimy kółeczko i wracamy
-Ok.- Przynajmniej nie będziemy chodzić pół dnia.
-Szkoda, że niedługo będzie zima-westchnąłem
-Będziemy chodzić na łyżwy, pojedziemy w góry.
-Nie umiem jeździć na łyżwach- zamarudziłem
-Nauczę cię. A na nartach? Albo pojedziemy do Hiszpanii, tam jest ciepło.
-I będziemy pływać w morzu...- rozmarzyłem się
-A ty będziesz już gruby.-Zaśmiałem się.-Możemy pojechać gdziekolwiek zechcesz.
-Nie będę gruby- prychnąłem-Możemy?
-W 4 miesiącu już będziesz. Tak, możemy. To gdzie byś chciał?
-Będę tylko troszkę, ale będzie widać. Chcę... Umm... Nie wiem gdzie chcę...
-Jasne. Masz czas do zastanowienia się. Może Francja? Wiesz wieża Eiffla.
-Tam jedzą żaby. Nie chcę- Pokręciłem głową
Wywróciłem oczami.- To nie będziesz ich jadł. Nie tylko żaby tam podają.
-Hmm... Ale na Lazurowe Wybrzeże. Nie chce wieży Eiffla.
-Wieża jest fajna. Ciekawe czy już ktoś z niej zeskoczył i się zabił. Piękna śmierć, takie widoki.
-Może nad wybrzeżem będzie jakiś klif? Sobie popatrzysz na skaczących ludzi z klifu.
-Tylko debil robi to tak by inni widzieli. i nie musimy wybierać tylko jednego miejsca.
-Ale powiedziałeś, że ja wybiorę...
-Ale ja płacę ja zatwierdzam.
-To pojedziemy na wybrzeże i po drodze wstąpimy na Eiffle.
-O tym mówię. Daleko do domku?
-Blisko, blisko
-Ok. Choć kupimy sobie loda.
-Lody. Dwa
-Możesz mi zrobić.- Wszedłem do sklepu. Wybrałem sobie loda.
-Mi też weź, noo...
-Wybierz sobie. Nie wiem na co masz ochotę, skarbie.
-Truskawkowe i... może kakaowe?
-Może jeszcze jakieś? Albo inne słodycze.
-Chcesz mnie utuczyć i zjeść?
-Taki jest plan. Będę jak ta wiedźma z tej takiej bajki.
-Nie dasz rady, przejrzałem cię
-I tak będziesz gruby.- Wzruszyłem ramionami.
-Uważaj bo nabawię się kompleksów i popełnię samobójstwo w zaawansowanej ciąży.
-Nie pozwolę ci. Moje jest tam.- Dotknąłem jego brzucha.
-Dzieciaka da się uratować-wzruszyłem ramionami
-Jak się zabijesz to nie.
-Da się, jeżeli szybko zareagujecie
-A po co mi ono bez ciebie? Nie ratowałbym w ogóle.
-Więc nie wpędzaj mnie w kompleksy
-I tak będziesz śliczny. Pasuje?
-Pasuje
-I tak jestem ładniejszy.
-Tak, tak. Najpiękniejszy.
-Dziękuję. To jak tylko te lody?
-Tylko. W domku też mamy co nie co
-To daj. Zapłacę.
-Trzymaj
Zabrałem jego lody i poszedłem zapłacić. Po chwili wróciłem.- Trzymaj. Dokarmcie się.
-Dzięki- Cmoknąłem go w policzek
-Chyba polubię te twoje dobre dni. Więcej ich poproszę.
-Wszystko od ciebie zależy- Zachichotałem- I od dzieciaka.
-Ode mnie?
-Od ciebie-przytaknąłem
-Czemu? Co mam robić?- Otworzyłem loda i znów splotłem masze palce.
-Trzeba samemu wymślić~ -Puściłem jego rękę, otworzyłem loda i chwyciłem ją ponownie
-Ej no. Pomógłbyś mi.
-Jedna podpowiedź: Zależy czy wolisz jak jestem taki jak teraz czy zazdrosny. Między innymi.
-Czyli.. jak nie będę dawał ci powodów do zazdrości to taki będziesz tak?
-Jest jeszcze kilka innych czynników, ale to najbardziej.
-Jakich innych?- Dopytywałem.
- Jedna podpowiedź
-Trzy. To ładna liczba.
-Ale ta jedna byłam duuuuża-lodem zakreśliłem ogromny krąg w powietrzu- Wystarczy za trzy
Wywróciłem oczami.- Ale ja chce wiedzieć czego nie robić.
-O, wiem. Nie traktować... tej znajomej jak dotychczas!- Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu
-Tego się nie da zrobić. Coś innego.
-Więc nie mogę mieć
wiecznie dobrego humoruOddałem pocałunek
Zakończyłem go mlaśnięciem i oblizałem usta.- Co robimy?
-Chooodź ze mną na spacerek
-Spacerek.-Prychnąłem.
-Spacerek-przytaknąłem- Chodź
-Jedna kula w tym miesiącu mi wystarczy. A jeden goły Li dziennie nie.
-Jesteś strasznie niewyżyty. Cud, że w ogóle siedzieć mogę- westchnąłem- Czyli nici ze spacerku.
-Niech ci będzie. Pójdę na ten twój spacerek.
Uśmiechnąłem się szeroko- Dzięki
Popukałem policzek.- Jednak muszę się prosić.
Cmoknąłem go, ale w usta- Zapomniało mi się
-Chodź.- Złapałem go za rękę. Skierowałem się do wyjścia. Zamknąłem dom.
Splotłem nasze palce.-Mogę tak?
-A czemu nie? Jeśli dobrze pamiętam to nawet jesteśmy razem.
Wzruszyłem ramionami.-Właściwie tak
-Właśnie.- Zacieśniłem uścisk naszych palców.
Naprawdę szczęśliwy szedłem obok Zayna, w myślach zastanawiając się którędy iść. Nie mam ochoty na długi spacer.
-Lubię jak się uśmiechasz. A szczególnie dzięki mnie.
-Lubię uśmiechać się dzięki tobie- odparłem zadowolony
-Lubisz być mój. Bawimy się tak dalej?
-Lubię -przyznałem-Jak?
-Nie ważne. Gdzie teraz?
-Tam- wskazałem na ścieżkę- Zrobimy kółeczko i wracamy
-Ok.- Przynajmniej nie będziemy chodzić pół dnia.
-Szkoda, że niedługo będzie zima-westchnąłem
-Będziemy chodzić na łyżwy, pojedziemy w góry.
-Nie umiem jeździć na łyżwach- zamarudziłem
-Nauczę cię. A na nartach? Albo pojedziemy do Hiszpanii, tam jest ciepło.
-I będziemy pływać w morzu...- rozmarzyłem się
-A ty będziesz już gruby.-Zaśmiałem się.-Możemy pojechać gdziekolwiek zechcesz.
-Nie będę gruby- prychnąłem-Możemy?
-W 4 miesiącu już będziesz. Tak, możemy. To gdzie byś chciał?
-Będę tylko troszkę, ale będzie widać. Chcę... Umm... Nie wiem gdzie chcę...
-Jasne. Masz czas do zastanowienia się. Może Francja? Wiesz wieża Eiffla.
-Tam jedzą żaby. Nie chcę- Pokręciłem głową
Wywróciłem oczami.- To nie będziesz ich jadł. Nie tylko żaby tam podają.
-Hmm... Ale na Lazurowe Wybrzeże. Nie chce wieży Eiffla.
-Wieża jest fajna. Ciekawe czy już ktoś z niej zeskoczył i się zabił. Piękna śmierć, takie widoki.
-Może nad wybrzeżem będzie jakiś klif? Sobie popatrzysz na skaczących ludzi z klifu.
-Tylko debil robi to tak by inni widzieli. i nie musimy wybierać tylko jednego miejsca.
-Ale powiedziałeś, że ja wybiorę...
-Ale ja płacę ja zatwierdzam.
-To pojedziemy na wybrzeże i po drodze wstąpimy na Eiffle.
-O tym mówię. Daleko do domku?
-Blisko, blisko
-Ok. Choć kupimy sobie loda.
-Lody. Dwa
-Możesz mi zrobić.- Wszedłem do sklepu. Wybrałem sobie loda.
-Mi też weź, noo...
-Wybierz sobie. Nie wiem na co masz ochotę, skarbie.
-Truskawkowe i... może kakaowe?
-Może jeszcze jakieś? Albo inne słodycze.
-Chcesz mnie utuczyć i zjeść?
-Taki jest plan. Będę jak ta wiedźma z tej takiej bajki.
-Nie dasz rady, przejrzałem cię
-I tak będziesz gruby.- Wzruszyłem ramionami.
-Uważaj bo nabawię się kompleksów i popełnię samobójstwo w zaawansowanej ciąży.
-Nie pozwolę ci. Moje jest tam.- Dotknąłem jego brzucha.
-Dzieciaka da się uratować-wzruszyłem ramionami
-Jak się zabijesz to nie.
-Da się, jeżeli szybko zareagujecie
-A po co mi ono bez ciebie? Nie ratowałbym w ogóle.
-Więc nie wpędzaj mnie w kompleksy
-I tak będziesz śliczny. Pasuje?
-Pasuje
-I tak jestem ładniejszy.
-Tak, tak. Najpiękniejszy.
-Dziękuję. To jak tylko te lody?
-Tylko. W domku też mamy co nie co
-To daj. Zapłacę.
-Trzymaj
Zabrałem jego lody i poszedłem zapłacić. Po chwili wróciłem.- Trzymaj. Dokarmcie się.
-Dzięki- Cmoknąłem go w policzek
-Chyba polubię te twoje dobre dni. Więcej ich poproszę.
-Wszystko od ciebie zależy- Zachichotałem- I od dzieciaka.
-Ode mnie?
-Od ciebie-przytaknąłem
-Czemu? Co mam robić?- Otworzyłem loda i znów splotłem masze palce.
-Trzeba samemu wymślić~ -Puściłem jego rękę, otworzyłem loda i chwyciłem ją ponownie
-Ej no. Pomógłbyś mi.
-Jedna podpowiedź: Zależy czy wolisz jak jestem taki jak teraz czy zazdrosny. Między innymi.
-Czyli.. jak nie będę dawał ci powodów do zazdrości to taki będziesz tak?
-Jest jeszcze kilka innych czynników, ale to najbardziej.
-Jakich innych?- Dopytywałem.
- Jedna podpowiedź
-Trzy. To ładna liczba.
-Ale ta jedna byłam duuuuża-lodem zakreśliłem ogromny krąg w powietrzu- Wystarczy za trzy
Wywróciłem oczami.- Ale ja chce wiedzieć czego nie robić.
-O, wiem. Nie traktować... tej znajomej jak dotychczas!- Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu
-Tego się nie da zrobić. Coś innego.
- Więc nie mogę wiecznie sprawiać, że nie będziesz zazdrosny i być ci wierny.
-Kompromis, możesz być dla niej wredny, ale ograniczać się przy niej. Jak nie słyszy i widzi to rób sobie co chcesz, byleby jej się krzywda nie stała.
-Ok. A u mnie kompromis, że nie podrywam przy tobie i bardzo zadko zdarzy się mi skok w bok.
-Zamień rzadko na wcale i mogę sie zgodzić
-To po co miałbym podrywać?
-To masz problem- prychnąłem. Oho, stary Liam powraca, a dobry humor powoli pakuje się na urlop
-To masz zimną znajomą.- Uśmiechnąłem się wrednie.
Dobry humor zamyka walizkę- Nawet się nie waż
-Bo co? Zrobisz mi coś? Ty? Śmieszne.
-Jeżeli jej coś się stanie to sobie coś zrobię
-Bo mnie to obchodzi. Gdyby nie chłopacy i teraz bym cię nie szukał. Pozbyłbym się problemu.
-Więc trzeba było mnie nie szukać- Starałem się brzmieć spokojnie. Dobry humor pomachał mi i zniknął za zakrętem.
-Oni to robili.- Warknąłem zły. Puściłem jego rękę i szybko poszedłem do domku. Wszedłem i zamknąłem za sobą drzwi. I nie wejdzie.
Zachciało mi się płakać. Wrażliwe stworzenie ze mnie. Poszedłem w zupełnie innym kierunku niż Zayn. Natrafiłem na mały lasek. Usiadłem pod jednym z drzew, podkuliłem nogi, spuściłem głowę, mając pewność że nikt mnie nie zauważy
Zbiłem wazon, który stał w salonie i wyciągnąłem fajki.
Łzy mimowolnie zaczęły spływać po moich policzkach.
Gdy się uspokoiłem doszedłem do wniosku, że mógłbym go nie zdradzać. Znaczy on by tak myślał. Przez tyle czasu wytrzymałem tylko z nim. Nawet jak "byłem" z Perry rzadko go zdradzałem. Chyba, że mnie zmusił. I nawet nie byliśmy razem. I to wtedy nie były zdrady, ale co poradzić, że tylko on mnie zaspokaja?
Robiło się coraz chłodniej i przez myśl przemknęło mi, że tym razem na pewno się przeziębię, w magazynach było cieplej. Na wspomnienie tego całego,, porwania'' i jego powodów moim ciałem wstrząsną szloch.
Wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem do niego.
Wyciągnąłem z kieszeni komórkę. Obraz mi sie rozmazywał, naawet nie wiedziałem kto dzwoni. Nie miałem ochoty z nikim rozmawiać dlaetro odrzuciłem połączenie
-Idiota.- Zadzwoniłem jeszcze raz.
Odebrałem- Czego?- warknąłem nieprzyjemnie. Z pewnością było słychać, że płakałem
-Gdzie jesteś? Musimy.. Płakałeś?
-Wrócę sam- głos mi się łamał- Nie-e
-To dalej. Musimy pogadać.
-Zaraz będę- rozłączyłem się i podniosłem z ziemi. Ciężko było mi ustać.Po chwili ruszyłem w stronę naszego domku, na miejsce przybyłem po kwadransie. Starałem się wyglądać jak najmniej żałośnie, ale wyszło jak wyszło- drżałem z zimna, na moich policzkach widać było ślady łez, oczy miałem zaczerwienione od płaczu. Niepewnie zapukałem do drzwi
Zapomniałem je otworzyć. Podbiegłem Do drzwi i szybko je otworzyłem. Zagarnąłem go w ramiona.
Znów się rozpłakałem, tym razem na dobre. Nadal było mi zimno.
Pogłaskałem go po włosach. Wciągnąłem do domu i zamknąłem drzwi.- Nie płacz.
Próbowałem powstrzymać łzy ale mi sie to nie udawało.
Zaciągnąłem go na sofę. Usiedliśmy na niej.- Już, Li. Spokojnie. Musimy porozmawiać.
Skinąłem głową. Uspokoiłem się po dłuższej chwili.
-Jeśli muszę zmienię na to nigdy. Pasuje?
-T...tak
-To leć się ogarnąć do łazienki.
Podniosłem sie i nadal lekko drżąc ruszyłem do łazienki
Siedziałem na kanapie i czekałem na niego.
Przemyłem twarz wodą. Nadal wyglądałem koszmarnie, ale nie aż tak jak wcześniej. Wróciłem do salonu.
-Chodź, zazdrośniku.- Wyciągnąłem do niego rękę. Gdy podszedł posadziłem go na kolanach.- Swoją drogą jesteś największym zazdrośnikiem jakiego znam.
-Nie jestem - odarłem cicho
-A rzadko musiałem zamienić na nigdy.- Prychnąłem.
-Nieczego nie musiałeś
-Nadal byś płakałeś.
Wzruszyłem ramionami- I tak jestem tylko problemem. Po co liczyć się z moim zdaniem?
-To nie była prawda co mówiłem. Byłem zły.- Przytuliłem go mocniej.
-Chcesz mnie zdenerwować, bo uważasz to za zabawne i zawsze się tak kończy. Nie liczę na przeprosiny, ale mógłbyś się czasem zastanowić. Tylko niepotrzebnie się stresuję.
-Wiem dziecko. Zapomniałem. I to ty mnie zdenerwowałeś.
-Ty zacząłeś
-Nie prawda.
-Wcale. Może po prostu przestannę zwracać uwagę na wszytsko?
-Nie chce się znów kłócić. Lepiej możemy spożytkować ten czas.- Zacząłem całować jego szyję.
-Zostaw- skrzywiłem się
-Czemu?
-Nie mam ochoty.
-Na seks na zgodę zawsze jest ochota.
-Ja naprawdę nie chcę
-Miły źle, zły źle. Zdecyduj się kurwa.- Zepchnąłem go z kolan i wstałem. Odpaliłem papierosa.
Prychnąłem- Ja jestem zdecydowany. To ty się zachowujesz jak kretyn
-Też jestem kurwa zdecydowany! I nie zachowuje się jak kretyn! Staram się, tak?
-Samymi staraniem nic nie zdziałasz!
-Jasne. A daj mi spokój. Miał być fajny weekend, ale musiałeś go zjebać!
-Wszystko moja wina! Jak zwykle zresztą!
-A czyja? Moja? Muszę się przyzwyczaić!
-Noo, jest jakiś postęp! Oczywiste, że twoja!
-Li.- Westchnąłem. - Możemy skończyć? Po prostu zapomnijmy.
-Jasne, żebyśmy mogli iść się pieprzyć. Bo tylko po to ci jestem.
Zgasiłem papierosa. Uklęknąłem pomiędzy jego nogami.- Wcale nie.
-Wcale- prychnąłem
-Musisz. Tak wcale nie musimy się pieprzyć.
-Nie musimy?
-Nie musimy. Obejrzymy film.
Skinąłem głową- Obejrzymy
-Wybierz.
-Chcę Avengers’ów
-To włącz. Ale jeszcze chce buziaka na zgodę.
Cmoknąłem go w usta i sięgnąłem po pilota. Włączyłem telewizor
Usiadłem na kanapie i objąłem go ramieniem.
Oparłem się o niego i wybrałem film. Spór zażegnany
-Już dobrze?- Cmoknąłem go w głowę.
-Jak na razie. Co zjemy na kolację?
-A co mi żono przygotujesz?
-Żona ma ochotę naleśniki
-Możesz zrobić.
-Więc będą naleśniki- usiadłem wygodniej
-Ok. Właściwie... dobrze gotujesz?
-Nieźle- wzruszyłem ramionami
-To dobrze.
-Chcesz zrobić ze mnie gosposię?
-Marzę o tym. I tak będziesz mamą czyli gosposią. Nie muszę cię nią robić.
-Ale szału, ani zup nie będzie- zastrzegłem
-Zupy to nie dla chłopa. I tak będziesz gotował tylko tu. W Londynie mamy Harry'ego.
-I tak będę siedział w domu. Non stop. Coś robić mogę.
-To się podszkolisz. I będę miał lepszą wyżerkę tu.
-Wymyślę sobie coś do roboty- westchnąłem
-Będziesz odrabiał za mnie lekcje, i kopiował swoje.
-Na artystycznym jesteś. Ja nawet nie wiem jak wasze ,,prace domowe'' wyglądają
-Będziesz odrabiał za mnie lekcje, i kopiował swoje.Będziesz mi pozował. I czasami coś do napisania jest.
-Ta jes
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz