czwartek, 24 lipca 2014

Ziam XXXVII

Hej!
Przepraszam, że tak długo, ale na wakacjach byłam i mi sie nie chciało. Lenistwo najgorsza choroba. 
W dodatku muszę pobetować a również mi się nie chce;/ 

I co tak ostatnio słabo komentujecie? 
Proszę o poprawę! 
__________________________
Zayn
Liam
_____________________________
-Ale ty jesteś wyjątkiem... -Obszukałem kieszenie. Uśmiechnąłem się, gdy znalazłem woreczek. Wyciągnąłem go i zawartość wysypałem na ramię. Po chwili biały proszek zniknął w moim nosie.
Westchnąłem ciężko, ale nie skomentowałem
-Też chciałeś?
-Nie
-To o co ci chodzi?
-O nic. Tym razem naprawdę o nic
-To dobrze. Wracamy czy idziemy dalej?
-Idziemy
Wstałem i zacząłem zmierzać wzdłuż plaży.
Zadowolony szedłem obok niego
Spacerowaliśmy do późna. W drodze powrotnej usłyszałem strzał. Dostałem. Na szczęście w rękę. No kurwa nie mają tarczy?
Prawie na zawał zszedłem, a jak zobaczyłem krew, to mdleć mi się zachciało- Żyjesz? - no dajcie mi medal za stwierdzanie oczywistości
-Nie widzisz? Chodź.- Złapałem go za rękę i szybkim krokiem udałem się do domku.
Prawie biegiem za nim
Doszliśmy do dom. Udałem się do łazienki w poszukiwaniu wody utlenionej.- Chodź, pomożesz mi.
-Jasne- Cholera nic nie jest jasne. Strzelają! Do ludzi! I po co mi to było... przetrząsnąłem szafki obok zlewu-Mam apteczkę
-Trzeba kulę wyciągnąć. Masz jakieś cążki?- Wziąłem od niego apteczkę. Postawiłem na umywalce i otworzyłem.
No a kurwa skąd mam mieć?!- Raczej nie
-To pomyśl co może robić za nie.
- A bo ja ci wiem!- cążki, cążki, coś cążkopodobnego...
-Widelec? Może da radę. Przynieś.
Przyniosłem sztuciec.- Za szeroki, nie wejdzie
-Wyciągnij to jakoś i po sprawie. -Że też komuś zachciało się strzelać do ptaków. Co za idiota.
Przyjrzałem się ranie- A może wygodniej by było pęsetą? Małe to
-Mówiłeś, że nie ma.
-Ciążek nie ma. Pęsety zawsze są w apteczkach.- Dla zademonstrowania wyjąłem takowy przedmioty z apteczki.- Daj mi tą rękę
-O niej mówiłem. -Jaki ciężki przypadek. Dziecko mózg mu zjadło.
-O cążkach mówiłeś. Cążkami się paznokcie obcina- dość niedelikatnie wsadziłem pesetę w ranę
-Jeden chuj.
Wyciągnąłem pocisk...- Już
Wziąłem wodę i odmyłem ranę. -Trzeba zabandażować. Zrobisz to?
- A mam jakiś wybór?- wyciągnąłem gazę i bandaż
-Możesz mnie zostawić krwawiącego? Ale lepiej nie próbuj.- Ostrzegłem.
Przyłożyłem gazę, wszystko owinąłem bandażem, zapiąłem- Gotowe
-Dziękuje. Chyba zasłużyłeś na nagrodę.-Przyjrzałem się opatrunkowi.-Stoliczek? 
-Chciałbym protestować, ale obiecałem

Uśmiechnąłem się. Tylko.. -Panie mądry co może robić za kajdanki?
-Sznurka pewnie nie mamy?
Pokręciłem przecząco głową. - Najwyżej poświęcimy twoją koszulkę.
-Czemu moją?
-Bo te co ci kupiłem są lepsze, bo i tak niedługo będą za małe i takie tam. Dawaj jakąś.
Wstałem i ruszyłem się po tą koszulkę.- Trzymaj
Poszedłem do kuchni po bita śmietanę i truskawki. - Rozbieraj się.
Z niepewną miną ściągnąłem z siebie ubrania
-Kładź się.-Usiadłem na łóżku.
Posłusznie wykonałem polecenie
Rozdarłem jego koszulkę i przywiązałem go dość mocno do łóżka. Wstrząsnąłem śmietanę i wycisnąłem na niego. Zamoczyłem truskawkę i przystawiłem mu do ust.
Otworzyłem usta i ugryzłem kawałek.
Zjadłem resztę owocu. -Dobre.- Zlizałem trochę śmietany z jego brzucha.
Zadrżałem lekko czując język na swojej skórze- Mi też smakują
-A taki oporny byłeś.
-Lubię truskawki i tyle- wzruszyłbym ramionami ale nie mogłem.
-Yhym. -Dalej zlizywałem z niego bitą śmietanę. Zbliżałem się do sutków, które zassałem.
Jęknąłem cicho czując pieszczotę.
Lizałem i zasysałem jego lewy sutek.
Przyjemnie... Pojękiwałem z rozkoszy
Znów zabrałem się za zlizywanie z niego deseru. Gdy skończyłem oblizałem się i pocałowałem go.
Poczułem słodki smak bitej śmietany. Chętnie oddawałem pocałunek.
Wsadziłem w niego jeden palec. Po chwili kolejny i kolejny rozciągając jego wejście.
Jęczałem coraz głośniej
Wyciągnąłem z niego palce. Rozebrałem się. Założyłem gumkę i bez wszedłem w niego.
Spiąłem się, ale tylko przez chwilę.
Zacząłem się szybko poruszać. Oparłem ręce po obu stronach jego głowy i syknąłem cicho całując go.
Oddałem pocałunek. Po chwili jednak oprzytomniałem i odsunąłem go od siebie- Ręka...
-Nic jej nie będzie, ale miło, że się martwisz. -Znów zatopiłem się w smaku jego ust.
Tym razem nie zaprotestowałem.
Poruszałem się w nim szybko. Chorą ręka zacząłem dotykać jego penisa.
Jęczałem mu w usta. Biodrami wychodziłem naprzeciw jego ruchom
Zwolniłem tępo. Usta przeniosłem na jego szyje.
Z moich ust wydzierały się głośne jęki i westchnienia.
Kilka razy przyśpieszałem i zwalniałem. Gdy czułem, że osiągam spełnienie zacząłem mocno wchodzić w niego.
To było z dużo jak dla mnie. Doszedłem
Doszedłem kilka pchnięć po nim. Wyszedłem z niego i położyłem się obok. Uprzednio jednak odwiązując go.
Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że strasznie ścierpły mi ręce. Ciężko oddychałem.
Przykryłem się kołdrą i odwróciłem plecami do Liama. Niedługo potem zasnąłem.
Sam byłem zmęczony, więc zamknąłem oczy i odpłynąłem
Obudził mnie telefon koło godziny 12. Niall z pytaniem kiedy wracamy i prośbą o zrobienie zakupów. Żarłacz jebany. Po skończonej rozmowie znów opadłem na poduszki.
Obudził mnie głos Zayna. Zaspany przetarłem oczy- So jest?
-Niall dzwonił.- Przekręciłem się w jego stronę.
-Po co?
-A się stęsknił.
-Naprawdę? - ziewnąłem
-Nie. Jedzenie mu się skończyło.
-Podobne do niego- westchnąłem
-Wiem. Ale sam dupy ruszyć nie może. A ty jak zaczniesz kupować to cały sklep wezmę do domu.
-Nie zmieści się- zauważyłem nieprzytomnie
-Bo musisz brać wszystko dosłownie.
-Mhm- Zamknąłem oczy.
-Spakujesz nas.- Zabrzmiało to jak rozkaz. Trudno.
-Niee
-Powiedziałem. Nie dyskutuj ze mną.
-Nie chcę mi się. Teraz ty
-Nie dyskutuj.- Wysyczałem.- To twoja robota.
-Nie
-Zapierdalaj do pracy. I śniadanie zrób.
-Pieprz się
-Chętnie.- Zawisłem nad nim.
Popchnąłem go- Idź nas pakuj
-Nie. Ja się dość napracuje byś miał co jeść.
-To daj mi spać- przekręciłem się tak żeby na niego nie patrzeć
Położyłem się znów na łóżku.- Nie mówię teraz, ale masz ty to zrobić.
Odburknąłem coś pod nosem. Mowy nie ma
Obtuliłem się mocniej kołdrą.
Ułożyłem się wygodniej i zapadłem w płytki sen
Koło 1 zacząłem budzić Liama. Jeszcze dojechać trzeba.
-Musimy jechać? - Jęknąłem niezadowolony.
-A szkoła?
-Od kiedy jesteś wzorowym uczniem?
-Nie jestem. W przeciwieństwie do ciebie.
-Uh, nie chce mi się iść jutro na uczelnię-zamarudziłem
-I tak za jakiś czas nie będziesz chodził.
-Ale to jeszcze szmat czasu...
-No właśnie. To teraz ty chodzisz a ja się lenie.
-Przypominam ci, że obiecałeś wozić mnie na wykłady, więc tak czy siak będziesz musiał wstać o nieprzytomnej godzinie- podniosłem się do siadu
-Raz obiecałem. I przypomnę, że zawiozłem cię wtedy do lekarza.
-Ja nie chciałem, to ty się uparłeś na lekarza- wzruszyłem ramionami
-Nie uparłem. I chyba dobrze, że pojechaliśmy.
-Właściwie... He, dobra, wstaję.
-Widzisz. To poproszę śniadanie.
-Jajecznica?- westchnąłem
-Może być.
Wstałem i nie kłopocząc się ubieraniem, ruszyłem do kuchni
Leżałem i czekałem na niego nucąc sobie jakąś piosenkę.
Nastawiłem wodę na kawę, zrobiłem jajecznicę, sam zjadłem, zalałem kubek i dopiero wtedy zaniosłem Zaynowi śniadanie
Gdy przyszedł brązowookiego usiadłem.- Dziękuję.
-I jest za co- usiadłem obok niego
-To cofam te słowa.- Mruknąłem z pełną buzią.
-Nie mów z pełnymi ustami- zero kultury, zero. Jak tak można?
-A ty możesz. I nie zmawiaj, że tak nie jest.
-Ja nie mówię z pełnymi ustami- stwierdziłem z godnością
-Wcale nie mówisz. Tylko jakieś 100 razy już to słyszałem. A teraz nas spakuj.
-Głuchy i niewychowany-pokręciłem ze zrezygnowaniem głową- A czemu ja?
-Uważaj sobie. Bo jesteś moim służącym. I daj mi jeść.
Poirytowany poszedłem nas spakować, przy okazji wyciągając sobie jakieś ciuchy do ubrania.
-Mi też coś zostaw.
Rzuciłem torbę na łóżko- Twoje rzeczy są z wierzchu, weź sobie coś. Idę sie myć
-Nie zaprosisz mnie do wspólnej kąpieli?
-Możesz iść ze mną- stwierdziłem. Sam siebie porażam swoją łaskawością.
Wstałem i poszedłem z nim.
Odkręciłem ciepłą wodę i zaczekałem aż chłopak do mnie dołączy.
Wszedłem do kabiny. Wziąłem gąbkę i zacząłem się myć.
-Wiesz, to dziwne
-Co?
-Normalnie to ja bym pędził za tobą, żebyśmy razem wzięli prysznic, a ty, jeżeli byś na mnie poczekał, w tym momencie chciałbyś żebym cię umył. Dziwne
Zaśmiałem się.- Nie chce mi się bawić.
-A umyjesz mi pleckiii?
-Nie.
-Przynajmniej spróbowałem- powiedziałem bardziej do siebie niż do niego
-I źle się za to zabrałeś.
-To jak niby miałem?
-Nie podpowiem ci.
-To będę mieć nieumyte plecy- wzruszyłem ramionami
-Jakbyś pomyślał to byś wiedział. Choć wizja ciebie śmierdzącego w moim autku mi się nie podoba. Dawaj. -Namydliłem gąbkę i zacząłem myć mu plecy.
Mruknąłem zadowolony. I kto powiedział, ze trzeba sie starać?
-Nie przyzwyczaj się.
-Nie mam zamiaru
-Jasne. Ale chcieć byś chciał.
-Ale tylko czasami
-Daj spokój. Wiem, że nie tylko czasami.
-Zawsze byłoby dziwnie
-Przyzwyczaiłbyś się
-Wątpię...
-Jakoś do tego, że mieszkasz u mnie.. nas przyszło ci lekko, że lubisz być posuwany też się przyzwyczaiłeś. Z tym też dałbyś radę.
-Kwestia tego, że masz ładny domek- wzruszyłem ramionami
-A co z posuwaniem?
-Yyy... Może to ten zmutowany soczek z pierwszego?- Aż mi się na wspominki zebrało

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz